x
Greenway Country > GreenWay Polska > Blog section > Polecamy > Elektrycznym vanem na Sycylię

 

Zaprzyjaźniony miłośnik elektromobilności – Tomek Gać, właściciel firmy Quriers.pl, postanowił udowodnić, że nawet daleki transport elektryczny jest możliwy. Zaplanował wyprawę elektrycznym vanem… na Sycylię. Oczywiście to wyczyn nieco mniejszego kalibru niż podróż Arkadego Fiedlera, który elektrykiem przemierzał afrykańskie drogi i bezdroża, niemniej podróż całkiem spora, bo licząca niemal aż 6 tysięcy kilometrów, do tego miała się zamknąć w 10 dni. Co go spotkało w drodze i jak ocenia swoje przedsięwzięcie? Zobaczcie sami.

podróż elektrykiem

Osią naszej wyprawy był Nissan eNV200, jednak nie był to jedyny pojazd w naszej ekipie – prócz niego, mieliśmy 4 motocykle i spalinową Mazdę. Pierwszy dzień podróży, a właściwie noc, bo ruszyliśmy wieczorem 25 kwietnia, przebiegał pod znakiem polskich i czeskich dróg szybkiego ruchu. Po wyruszeniu z Łodzi, nasz elektryk dość szybko pokonywał kolejne kilometry, by po 8 godzinach (wraz z ładowaniem) i 470 km dotrzeć do Brna w Czechach. Niestety, nie obyło się bez problemów, gdyż ładowarka Orlenu w Siewierzu miała awarię. Od tego momentu, tam gdzie to możliwe, postanowiliśmy korzystać ze sprawdzonych rozwiązań i ładowaliśmy już tylko w sieci GreenWay.:-)

Byle do Włoch

Po krótkiej nocy w hotelu w Brnie (niestety nie było tam możliwości ładowania) drugi dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Lidlu, pod którym była szybka ładowarka. Następne ładowanie po 200 km za Wiedniem umożliwiła polska karta GreenWay. Dzięki ich partnerowi roamingowemu, operatorowi Smatrics, mogliśmy z łatwością i bez dodatkowych, zbędnych rejestracji, korzystać z tych ładowarek. A że jest ich w Austrii całkiem dużo, podróż nie była trudna 🙂 Jednak ze względu na górzysty teren i pewną niepewność, czy kolejna ładowarka zadziała, ładowaliśmy się co 150 km.

Po dwóch kolejnych ładowaniach na Smatrics i jednym na Lidlu w Villach, przekroczyliśmy granicę Włoch. Tu musieliśmy ściągnąć kilka innych aplikacji do obsługi ładowarek, które mają dostęp do największej chyba włoskiej sieci Enel X. Z ładowarek Enel można korzystać za pomocą aplikacji X Recharge firmy Enel albo z NextCharge. Warto mieć obie, ponieważ NextCharge nie ma wszystkich stacji Enela, brakuje zwłaszcza tych wolniejszych (11-22 kW).

Po kolejnych 15 godzinach podróży (z ładowaniami) tuż przed północą dotarliśmy do Wenecji. Mimo późnej pory wybraliśmy się naszym zeroemisyjnym Nissanem eNV200 do zabytkowej części Wenecji na wyspie (tak, wstęp pojazdem z zeroemisyjnym napędem jest możliwy nawet na najbardziej chronioną starówkę w Europie!) Oczywiście Wenecję ze względu na wąskie uliczki jest najlepiej zwiedzać pieszo, więc na ten czas samochód został na parkingu.

Do Rzymu z moto-przygodami…

Po nocnym zwiedzaniu Wenecji (też z przygodami 😊), kolejne dwa dni podróży miały upłynąć pod znakiem nieco spokojniejszego podziwiania północnych Włoch i dotarcia do Rzymu. Jednak i tym razem nie obyło się bez przeszkód – trzeciego dnia, już kilkadziesiąt kilometrów po starcie, w okolicach Rawenny, jeden z towarzyszących nam motocykli odmówił posłuszeństwa. Nissan w tym czasie spokojnie pojechał na ładowarkę Enel X w przyjemnym Rimini.

 

Tymczasem motocyklistom większość dnia upłynęła na poszukiwaniu mechanika, jednak naprawa na miejscu okazała się niemożliwa. Dla nas to nie problem – przecież podróżujemy vanem o ładowności 700 kg, załadowaliśmy więc motor na „pakę” i z 8-mio godzinnym opóźnieniem (oczywiście najpierw trzeba było wrócić po motocykl), ruszyliśmy dalej. Tego dnia nasz Nissan pokonał ok. 500 km, ale przesunęliśmy się na południe jedynie o 200 km.

Kolejnego dnia późnym wieczorem dotarliśmy do Rzymu. Rano samochód był niemal do pełna naładowany dzięki uprzejmości recepcji, mimo, że hotel nie dysponował ładowarką. Ale dzięki naszej pomysłowości podłączyliśmy samochód przez okno do zwykłego gniazdka. Potem korzystaliśmy z dwóch ładowarek Enel X pod centrami handlowymi, gdzie się posililiśmy. Unikając jak ognia autostrad, pokonaliśmy 450 km, by dotrzeć w końcu do Rzymu. W stolicy Włoch zwiedziliśmy pieszo absolutnie podstawowe zabytki (jak Colosseum czy Forum Romanum) i skosztowaliśmy lokalnych trunków 🙂

Następnego dnia rano mieliśmy nadzieję naprawić motocykl w jednym z wielu serwisów w Rzymie. Skończyło się jedynie na przewożeniu go między warsztatami, bo naprawa musiałaby trwać kilka dni. Tyle czasu nie mieliśmy, więc znów załadowaliśmy motocykl na pakę i w końcu ok 17.00 ruszyliśmy dalej na południe. Po 6 godzinach udało się nam dojechać do nadmorskiego Sorento aż za Neapolem, gdzie nocowaliśmy (i ładowaliśmy samochód) na campingu.

Wśród wielu opisów zagranicznych podróży elektrykiem rzadko wspomina się o tym, że campingi są dla samochodów elektrycznych pewnym źródłem energii elektrycznej, mimo, że na niektórych korzystanie z prądu jest odpłatne. Jednak warto zwrócić wówczas uwagę na to, czy na campingu będą do dyspozycji zwykłe euro gniazdka, gdyż często zdarza się, że są to gniazda campingowe (szaro-niebieskie z 3 bolcami). Wówczas radzę zabrać przejściówkę, która spokojnie pozwoli nam z takiego campingowego gniazdka skorzystać. W Polsce czy Niemczech jest w tym zakresie lepiej; tu są do dyspozycji euro-gniazdka, jednak we Włoszech potrzebna nam będzie przejściówka.

Na koniec włoskiego buta

Rano Sorrento przywitało nas piękną pogodą, więc z odległości niemal 40 km mogliśmy podziwiać Wezuwiusza, położonego po drugiej stronie Zatoki Neapolitańskiej, którego poprzedniego wieczora minęliśmy w ciemnościach. Poprzednie 3 dni minęły w znacznej mierze pod znakiem nieudanych prób naprawy motocykla, a nie pokonywania kolejnych setek kilometrów, więc turystycznie mieliśmy co nadrabiać. Po krótkim śniadaniu, odłączyliśmy Nissana od gniazdka (nie naładował się do pełna, bo nocleg trwał zbyt krótko) i ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Po godzinie dotarliśmy do bajecznie położonego na nadbrzeżnych skarpach Amalfi, w którym mimo szczerych chęci nie znaleźliśmy nawet jednego miejsca do zaparkowania. Potoczyliśmy się wiec dalej, jednak dość powolny ruch na górskich serpentynach wybrzeża nie sprzyjał szybkiemu pokonywaniu kilometrów, a my mieliśmy dopiero 2400 przejechanych km na liczniku.

W okolicach Salerno postanowiliśmy odbić w głąb lądu i wrócić na płatne włoskie autostrady, przy których położona jest zdecydowana większość szybkich ładowarek. Droga pięła się w górę a temperatura spadła z 22 na wybrzeżu do 9 st. wgłębi lądu, ale przynajmniej nie padało. Trzy kolejne szybkie ładowania na Enel X pozwoliły nam pokonać prawie 500 km i ok. 11 w nocy dotrzeć do nadmorskiej Tropei położonej niemal na samym czubku Półwyspu Apenińskiego.

Tu pierwszy raz w trakcie wyprawy udało się w ciągu nocy naładować Nissana na 100%. Co prawda w nadmorskich turystycznych miejscowościach trudno spotkać szybkie ładowarki, ale tym razem aplikacja X Recharge okazała się lepsza niż dotychczas niezawodny NextCharge i wskazała w sąsiedniej miejscowości działającą pól-szybką ładowarkę Enel X o mocy 22 kW. eNV200 może z takiego gniazda Typ 2 ładować się jedynie w tempie ok. 7 kW, ale i tak spokojnie naładowaliśmy baterie do pełna, nawet w trakcie krótkiego noclegu.

Sycylia i uroki podróży elektrycznych

Mając pełną baterię mogliśmy ruszyć do promu przez Cieśninę Messyńską. Po 100 km i kilkudziesięciu minutach drogą morską, wreszcie dotarliśmy na Sycylię. Od razu skierowaliśmy się na południe w kierunku Katanii. Gdy mijaliśmy kolejne, dość skromne nadmorskie miejscowości, coraz bardziej widoczna po prawej stronie stawała się potężna Etna. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy na nią wjechać. Motocykle popędziły od razu – elektryk musiał się jednak przygotować do wjazdu na wulkan o wysokości dobrze ponad 3000 m. Prądu nabieraliśmy ok. 60 minut na szybkiej ładowarce tuż obok pięknej Taorminy i bateria była niemal pełna. Ale po wjechaniu na Etnę w baterii pozostało tylko 27% energii i 26 km zasięgu, choć przejechaliśmy niecałe 50 km. Ot, uroki podróży elektrycznych 😉

 

Oczywiście zjazd elektrykiem z takiej góry jest dużo bardziej ekonomiczny. I też ma swój urok, tym razem pozytywny. Jadąc w dół przejechaliśmy tylko 40 km, zaś poziom naładowania baterii wzrósł do 45%, a zasięg do 178 km. Takich „cudów” spalinowe samochody nie potrafią, więc elektryki biją je tu na głowę.

Południowo-zachodnia część Sycylii jest niemalże pozbawiona szybkich ładowarek, stąd następnego (siódmego już) dnia, podjęliśmy decyzję by ją ominąć i jechać przez dość górzysty środek wyspy. Na liczniku mieliśmy już ok. 3300 km. W trakcie nocy w hotelu udało się nam naładować jedynie do 60%, więc po kolejnych 120 km znowu odwiedziliśmy ładowarkę Enel X, tym razem bezpośrednio przy elektrowni tego koncernu. Po kolejnych 200 km, przy centrum handlowym, miała być ładowarka z wtyczką ChaDeMo, jednak tempo jej ładowania było bliskie zwykłemu gniazdku, czyli ok. 2 kW. Nie mieliśmy czasu, by czekać, aż bateria się naładuje tak niewielką mocą, zatem ruszyliśmy dalej. Dzięki temu, że pozostał nam pewien zapas energii i ostrożnej jeździe udało na się naszemu Nissanowi dotrzeć do Palermo „na oparach”. Tam, w samym centrum, na dziedzińcu biurowca Enel, naładowaliśmy się i odwiedziliśmy okoliczne plaże. Wieczorem wjechaliśmy na nocny prom do Neapolu.

Zimowy powrót

O 7 rano prom dotarł na miejsce, a my ruszyliśmy nieco na południe do pobliskich, starożytnych Pompei. Po krótkim zwiedzaniu wjechaliśmy na autostradę i popędziliśmy na północ. Tego dnia, przy okazji ładowania oraz lunchu w miejscowości Cassino, udało nam się podziwiać widoki na klasztor na Monte Cassino, o który dzielnie walczyli polscy żołnierze w czasie II Wojny Światowej. Po kolejnych kilkuset kilometrach dotarliśmy do Pizy, gdzie okazało się, że przy ulicach znajduje się dość dużo ładowarek 22 kW. Po podłączeniu Nissana spokojnie mogliśmy zatem udać się na wieczorny spacer po centrum.

Kiedy ruszaliśmy z Pizy następnego dnia, skupialiśmy się już tylko na jak najszybszym powrocie do Polski. Jako trasę wybieraliśmy jedynie autostrady i zatrzymywaliśmy się wyłącznie na ładowanie i posiłki, ale i tak niektóre widoki zapierały dech w piersiach. Pogoda w trakcie całej wyprawy nas nie rozpieszczała, często padało i było dość zimno. Samochody elektryczne nie przepadają za niskimi temperaturami, a tu – w teoretycznie słonecznych Włoszech – mieliśmy 6 stopni i silne opady deszczu. Mimo wszystko nasz eNV200 spisywał się dzielnie wioząc bagaże, prowiant całej wyprawy oraz 250-kilogramowy zepsuty motocykl. W ten sposób motocykl w trakcie całej wyprawy pokonał ponad 4000 km zero-emisyjnie 😉

Tego dnia udało nam się pokonać 750 km i dotarliśmy – standardowo przed północą – do hotelu niedaleko za Graz w Austrii. Dzięki uprzejmości chińskiego recepcjonisty udało nam się przerzucić kabel przez okno i co nieco podładować przez noc. Ostatniego dnia wyprawy, 19 maja, już o 8.00 byliśmy w aucie. Poza dotarciem do Łodzi mieliśmy tego dnia odebrać w Bratysławie drugiego, jeszcze większego elektryka tj. Nissana Voltię – rozbudowaną do 8m3 wersję eNV200.

Pogoda w Austrii okazała się jeszcze gorsza niż w Włoszech. Po minięciu Wiednia i skierowaniu się na Bratysławę na drogach ekspresowych nie tylko lało jak z cebra, ale miejscami padał śnieg z deszczem, a temperatura spadała do 0 st. C. Nasza majówkowa wyprawa przerodziła się w zimowy test zasięgów. W tej nieciekawej pogodzie przejechaliśmy granicę słowacką i pierwszy raz od 9 dni znów mogliśmy skorzystać z ładowarek GreenWay, tym razem w Bratysławie. Kiedy odebraliśmy Nissana Voltię,  Karpaty pokonywaliśmy w strugach deszczu.

Ponieważ, ze względu na większe gabaryty Nissan Voltia ma o ok. 15 % większe zużycie energii, w tych zimowych warunkach na trasie można było liczyć jedynie na jakieś 150 km zasięgu, z ładowaniem jednak nie było problemu. Wieczorem udało nam się wreszcie przekroczyć polską granicę. Pierwsze ładowanie w Polsce jednocześnie dwoma autami wykonaliśmy na ładowarkach Turonu w Katowicach i dilera Nissana w Sosnowcu, a potem już niezawodny GreenWay do samej Łodzi, do której dodarliśmy ok. 3 nad ranem.

 

Podsumowując, licznik Nissana wskazał, że przez nieco ponad 10 dni udało się pokonać dokładnie 5637 km (nie licząc dojazdu do Warszawy kolejnego dnia). Gdyby nie awaria motocykla i lepsza pogoda, wynik byłby znacznie lepszy. Dostawczy Nissan eNV200 okazał się nie tylko niezawodnym, ale też bardzo pojemnym towarzyszem podróży. Obecnie produkowane auta elektryczne umożliwiają nie tylko sprawne poruszanie się po miastach, ale również turystykę międzynarodową, nawet jeśli planujemy spać co noc w innym mieście czy państwie. Roaming i sieć szybkich ładowarek w Polsce i Europie umożliwiają nawet dalekie podróże. Niemal zawsze mieliśmy kilka możliwych miejsc ładowania, a białe plamy w infrastrukturze napotkaliśmy jedynie w południowej Sycylii. Oczywiście, ze względu na długość naszej trasy i ograniczony czas, musieliśmy iść na kompromisy i nie zwiedziliśmy wszystkiego. Biorąc jednak wszystko pod uwagę, sądzę, że obecnie każdy posiadacz elektryka może zaplanować taką objazdową podróż po Europie. Jeśli zaplanuje noclegi co 300-400 km, a nie jak my co 600 km, może spokojnie i bez kompromisów zwiedzać nasz kontynent nie tylko tanio, ale co ważniejsze, zeroemisyjnie.

 

Tomasz Gać, www.quriers.pl

Zobaczcie profil Tomka na LI.